Od trzech lat w Nidzicy non stop z dwóch kilkumetrowych wylotów tryska woda. Nie jest to jednak atrakcja turystyczna, ani ozdoba miasta, tylko konieczność. Woda została skażona rakotwórczą i toksyczną substancją. Mieszkańcy alarmują, że są truci za publiczne pieniądze. Urząd miasta odpowiada, że to konieczne, bo gdy woda przestanie tryskać z rur, konsekwencje odczuwalne będą nawet w innych częściach kraju.

Skażenie odkryto w 2015 roku, gdy zaczęło funkcjonować nowe ujęcie przy ulicy Wyborskiej, mające zaopatrywać nową, zbudowaną za 4 miliony złotych stację uzdatniania wody. Inspekcja sanitarna stwierdziła przekroczenie norm trichloroetenu i wyłączyła ujęcie z użytkowania. Podejrzenia padły na zamkniętą ćwierć wieku temu fabrykę sprzętu medycznego, gdzie środek był używany. Od trzech lat woda z nowego ujęcia płynie, ale jedynie w próżnię. Miasto zaopatruje stare ujęcie wody przy ulicy Kolejowej.

Problem w tym, że tryskająca w niebo woda z trichloroetenem również kosztuje. Miesięcznie z kasy Nidzickiego magistratu wypływa 13 tys. złotych. Rocznie to niemal 150 tys. zł z publicznej kasy. Jak mówi burmistrz Nidzicy, Jacek Kosmala, przerwanie procesu rozdeszczowania jest jednak w tym momencie niemożliwe, bo fala negatywnych skutków mogłaby zalać nie tylko okolice.

Nidzica stoi na największym zbiorniku wody pitnej w północno-wschodniej Polsce. W razie potrzeby, miasto stołeczne Warszawa, może być zasilane z tego zbiornika. Żeby nie dopuścić do jego zanieczyszczenia prowadzimy rozdeszczowywanie — mówi

Burmistrz zapewnia, że woda w kranach jest bezpieczna. Wątpliwości mieszkańców budzi jednak trzyletnie już narażenie gleby i powietrza na działanie szkodliwego związku. Do tej pory, z szacowanych 2,5 tys. litrów trichloroetenu, przez 3 lata udało się zneutralizować zaledwie niewielką część. Miasto nie wyklucza zmniejszenia wypompowywania o 50 proc. lub przeniesienia deszczowni.