Alarmujące doniesienia ze szpitala dziecięcego w Olsztynie. Zimą nie ma tygodnia, aby do placówki nie trafiło kilkoro pacjentów z oparzeniami. Najczęściej są to poparzenia gorącą kawą lub herbatą. Choć rodzice starają się mieć oczy dookoła głowy, to wystarczy chwila nieuwagi, a może dojść do tragedii.

Agnieszka Skrycka jest mamą trzech córek. Do dziś pamięta jak zimą2 lata temu pędziła do szpitala po tym, jak jedna z jej dziewczynek wylała na siebie gorące kakao: – Wsadziłam ją do zimnej wody, miała całe czerwone nogi, wszyscy byliśmy przerażeni. Zawinęłam ją w koc i pojechałam do szpitala. Na szczęście okazało się, że to poparzenie nie było głębokie, ale trzy dni przeleżałyśmy w szpitalu na opatrunkach.

Nie jest to odosobniony przypadek. Mimo akcji informacyjnych i wydawać by się mogło większej świadomości rodziców, liczba takich wypadków nie maleje. Do leczenia najcięższych oparzeń przystosowany jest pododdział leczenia oparzeń szpitala dziecięcego w Olsztynie.

W 2017 mieliśmy około 200 dzieci oparzonych do tego stopnia, że były leczone w warunkach szpitalnych. W naszej ocenie to bardzo dużo – mówi Krystyna Piskorz-Ogórek, dyrektor Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego w Olsztynie.

Poparzenia najczęściej dotyczą dzieci od 1,5 roku do 3 lat. Wtedy właśnie uczą się chodzić, są ciekawe świata, ale nie potrafią przewidywać skutków swojego zachowania. Jak mówią lekarze, sezon na oparzenia trwa przez cały rok, ale zimą oparzeń jest więcej, bo dzieci częściej przebywają w domu.

Nie zawsze jest to wina rodziców, choć czasem się zdarza, że to po prostu moment nieuwagi – mówi Iwona Sęk, mieszkanka Żegot. Ale moment nieuwagi może skutkować na całe życie. Oparzenie nawet 5 proc. ciała małego dziecka może skończyć się śmiercią. Rana oparzeniowa - jak mówią specjaliści - stanowi olbrzymie wrota, przez które wnikają bakterie, a to może doprowadzić do zakażenia organizmu, czyli sepsy.