Z jednej strony produkcja taniej żywności, której bardzo potrzebuje świat. Z drugiej społeczeństwo, które chce żyć w czystym środowisku i bez odoru. Pogodzić racje obu stron nie jest łatwo, co pokazują nasilające się protesty przeciwko budowie ferm tuczu trzody lub drobiu. W Olsztynie odbyła się konferencja, która miała pokazać jakim zagrożeniem środowiska i zdrowia jest przemysłowa produkcja żywności.

Imionki, Pańska Wola, Staświny czy Olsztynek to tylko wybrane miejsca, nie tylko na Warmii i Mazurach, w których rozgorzała dyskusja po tym, jak w okolicy pojawili się inwestorzy z zamiarem budowy ferm trzody chlewnej albo drobiu. Odpowiedzią na falę planowanych inwestycji była konferencja, która odbyła się w Olsztynie, zorganizowana przez mieszkańców gmin, w których są planowane takie inwestycje.

Zgodnie z wynikami naukowych opracowań, które docierają z zagranicy, w przypadku zdrowia największym problemem oprócz tworzenia dużych siedlisk bakterii, może okazać się amoniak, który jest skutkiem ubocznym produkcji. Na jego działanie mogą być narażeni pracownicy ferm, ale i okoliczni mieszkańcy, o ile przedostanie się on do środowiska lub gdy ferma powstanie zbyt blisko zabudowań.

Problem w tym, że żadne przepisy nadal dokładnie tego nie określają. Dochodzi, więc do sytuacji, w których inwestorzy chcą stawiać fermy 200 metrów od domów. - Takie zapędy może ograniczyć przede wszystkim plan zagospodarowania przestrzennego - mówi burmistrz miasta i gminy Żuromin Aneta Goliat. W Żurominie uchwalił go dopiero obecny samorząd. Na terenie tego powiatu, który uchodzi za zagłębie drobiarskie, jest już około 600 takich budowli. Teraz plan zagospodarowania zakłada rozwój rolnictwa, ale z ograniczeniami.

Dyskusji, gdzie zaczyna się przemysł, a kończy rolnictwo przysłuchiwali się też rolnicy. Choć na spotkaniu byli w mniejszości. Jak mówią, tak też jest w miejscu ich zamieszkania, bo na obszarach wiejskich zaledwie 10 proc. mieszkańców mają stanowić rolnicy.

Od przepisów, które teraz powstają, w dużym stopniu zależy przyszłość rolników. Obawiają się, że produkcja rolnicza oparta na zrównoważonym rozwoju, którą chętnie widzieli by na Warmii i Mazurach ekolodzy, nie zapewni im bytu.

Podobnie jak ekolodzy rolnicy, nie są za wielkoprzemysłowymi fermami, bo nie są w stanie z nimi konkurować. Chcą jednak, by rodzinne gospodarstwa do 300 hektarów, miały szanse na rozwój. By rolnicy mogli je produkować, a społeczeństwo oddychać pełnymi płucami, potrzebne są przepisy, które dokładnie określą kto, jaki obiekt i gdzie będzie mógł wybudować.